Dębowy słupek, 206 cm wysokości, 52 szerokości. Pierwszy mebel, w którym nie ukryłem absolutnie niczego — żadnych wypełniaczy, żadnego wybierania desek bez skazy.

Zamówienie było na dwa regały. Para. On i ona. Amytis powstała pierwsza — wiszące ogrody, siedem tarasów, tęsknota Medyjki za górami. Drugi miał być bratem, kochankiem, drugą połową. Przestał być postacią i stał się emocją. Firāq. Arabskie słowo, używane w perskim: rozłąka. Ból, który powstaje przy rozstaniu z ukochanym — ten sam, który kazał zbudować ogrody.
Nie wybierałem drewna. Nie ukryłem niczego — żadnych wypełniaczy, żadnego szukania desek bez skazy. Czołowe pęknięcia zostały na wierzchu. Wzmocniłem to, co musiało być wzmocnione, i zostawiłem resztę tak, jak przyszło.
Skojarzyło mi się z przemijaniem. Jest brzydki i piękny jednocześnie. Drewno pęka tak samo, jak czasem człowiek — ma blizny na ciele i na duszy. Zamawiający używa go jako barku. Rozłąka, którą można uśmierzyć.



Regały nie wybaczają. Odchyłka pół stopnia na dole daje przy 2 metrach prawie 2 cm na górze. Nie ma momentu, w którym można to nadrobić — albo pion jest od pierwszego cięcia, albo nie ma go wcale.
Nóg nie ma. 2 długie deski, 206 × 28 cm, 22 mm, każda z jednego kawałka — one są nogami. Między nimi 7 desek poprzecznych: 6 półek i jedna wieńcząca na górze, plus 5 pionowych przegród. 7 poziomów — tyle samo, co tarasów w Amytis; na ostatniej też coś postawisz. Rytm przegród przyszedł od klienta, pozmieniałem kolejność, idea się uchowała. Wszystko sprawdzone kątownikiem stolarskim i tak nie jest idealnie równo: wyszedł krzywy, 1,5 cm na górze. U klienta okazało się, że dzięki temu przylega do ściany bez podcinania listwy przypodłogowej. Nie zaplanowałem tego i nie będę udawał, że zaplanowałem.
Przegrody mają 15 mm. Nie mam czym ciąć na grubość, więc zeszły z 30 na grubościówce — połowa tego drewna opuściła warsztat jako wióry. Tak to wygląda, kiedy warsztat ma 25 metrów i nie ma piły taśmowej.

Wszystkie akcenty poszły w orzech. Polski, zwyczajny. Kołki ósemki na długich bokach są widoczne, bo mają być widoczne — nie maskuję konstrukcji, pokazuję ją. Motylki weszły tam, gdzie pęknięcia szły w głąb i mogły pójść dalej. Narożniki sfrezowane, wszystkie.
Na spodniej stronie najniższej półki wybiłem stemplami memento mori. Stare, poczciwe, łacińskie. Nie ma tego w opisie i nie ma na żadnym zdjęciu. Klient nie wie. Może zobaczy za dziesięć lat, przy odświeżaniu ścian. Może nigdy. Plakietkę ze stali, na lewej nodze od wewnątrz, akurat widać — jest na ostatnim zdjęciu tej kroniki.

Drewno pęka tak samo, jak czasem człowiek.
Ma blizny na ciele i na duszy.
Liczby, które zostały po tym meblu w notatniku.

