Szafka pod biurko: 60×40×45 cm, trzy szuflady, trzydzieści kilogramów. Najlepsza ściana stoi do muru.

Zamówił ją kolega. Ten sam, który kiedyś kupił ode mnie taborety — pierwszą rzecz, jaką w ogóle sprzedałem. Wrócił: potrzebuję szuflad pod biurko. I zamka, bo w domu jest dwulatek. Andvari to karzeł, który strzegł skarbu pod wodospadem. Ta szafka strzeże rzeczy, do których gigant metrowego wzrostu nie powinien mieć jeszcze dostępu.
Fronty z czereśni. Pierwszy raz w palecie — dotąd był dąb, jesion, orzech. Czereśnia będzie ciemnieć przez pierwszy rok, dostrajając się do dębowego korpusu na oczach właściciela. Sęk na środkowym froncie został. Czarne smugi minerałów też. Defekt jest detalem.
Zamek miał być kupny, mechaniczny. W którymś momencie przestało to pasować do reszty. Został drewniany kołek. Dwa lata doświadczenia życiowego to za mało, żeby go rozgryźć — a kiedy przestanie wystarczać, będzie znaczyło, że młody ze swojego zamka wyrósł. Mebel na to spokojnie poczeka.


Korpus z dębu 22 mm, łączony na kołki strugane z własnych ścinków — z tej samej partii drewna, z której powstał mebel. Narożniki to nie nakładka: każdy róg jest wyprowadzony z litej listwy ~3×6 cm, żeby zaokrąglenie na górze mogło być naprawdę duże. Dwulatek, który wpadnie na ten mebel, nie ma o co uderzyć. Przycisk do papieru leżący w szufladzie to odcinek tej samej listwy. Poza prowadnicami i sklejką na dna nic tu nie przyjechało ze sklepu.
Pierwsze szuflady w historii tego warsztatu. Boki z dębu 19 mm, dna ze sklejki w korytkach, prowadnice dolnego montażu schowane pod dnem — żeby bok szuflady został czysty, bez stalowej szyny w połowie wysokości. Geometria prowadnic wymusiła fronty wystające 8–10 mm przed korpus. Zamiast to ukrywać, dostały zaokrąglone krawędzie. Konsekwencja wygląda jak decyzja, bo nią została.
Zamek to otwór i kołek. Kołek wchodzi nad górną szufladą i blokuje ją w korpusie; żeby otworzyć, trzeba go wyjąć. Zrobiłem dwa, o różnych średnicach — mniejszy i większy, do wyboru, plus zapas. Takie rzeczy giną. W domu z dwulatkiem giną szybciej.

Uchwyty strugane z tej samej czereśni co fronty. Zaokrąglenia na frontach i korpusie jednym promieniem — mebel w zasięgu dwulatka nie powinien mieć ostrych krawędzi, a mebel z dumnie wystającymi frontami nie powinien udawać, że ich nie ma. Górę podpisują narożniki z ciemnego dębu.
Plecy: około 450 klocków dębowego czoła. Listewki fugowane ręcznym strugiem, sklejone w panel, pocięte na paski, obrócone i sklejone drugi raz. Mozaika, w której każdy klocek łapie światło innym kątem słojów. Panel pływa, przytrzymany listwami, bo czoło pracuje w obu osiach naraz. Stoi do ściany. Najwięcej pracy w całym meblu poszło w element, którego nie widać wcale.

Najwięcej pracy poszło w ścianę, której nikt nie zobaczy.
Celowo.
Liczby, które zostały po Andvarim w notatniku.



